OPEN SOURCE


Anakonda Story na wesoło

Czymże jest przeszłość wobec jutra...

Tak naprawdę wiele z dawnych czasów się nie liczy. Miejsce przeszłości jest za nami. Warto ją wspominać, ale nie warto się na niej skupiać. Należy brać z historii to co najważniejsze, a nieistotne pozostawiać na pastwę niepamięci, która niszczy i rozdmuchuje na wietrze wszystko, co nie jest wyjątkowe. Geneza zjawiska czy jego historia to worek z piaskiem na pustyni czy dodatkowe dwie kalorie w hamburgerze. Zdajemy sobie sprawę, że takie coś istnieje, ale po co to komu? Poziom istotności takiego czegoś jest mniej więcej tak samo wysoki jak umiejętność stepowania, dajmy na to, szczeżui. Czy zmarłego obchodzi dzwon, który mu bije? Nie wiem, ale nie wydaje mi się. Czy patrząc na mleko myślimy o krowie? Raczej o kawie. Czy w końcu, grzebiąc sobie w darmowym programie mamy na uwadze ludzi, którzy go stworzyli? Mój palec już delikatnie spoczywał nad klawiszem „n” ale wszechogarniająca chęć napicia się herbaty dała mi czas do przemyśleń.

Z aplikacjami komputerowymi jest inaczej niż z krową i nieboszczykiem. Proces powstawania oprogramowania to usystematyzowane (w większym lub mniejszym stopniu) działania, mające na celu jeden cel. Osiągnięcie celu. Zastanawiam się tylko, czemu mój edytor tekstu pozwala mi napisać tyle powtórzeń... Wytwarzanie aplikacji to wypełnianie płynem szklanki bez dna. Nieważne ile funkcjonalności „wleje się” do gotowego produktu, i tak będzie jej za mało. Dlatego celem każdego developera powinno być ciągłe zaspokajanie rynku, ludzi i przede wszystkim swojego bezkresnego jak wszechświat i ludzka głupota ego coraz to wymyślniejszym płynem w dużej, niekiedy bardzo dużej ilości. Ważne tylko by nie pomieszać farby z herbatą, benzyny z płynem do spryskiwaczy czy, o zgrozo, piwa z wodą... Duży, spójny i kompletny. Taki miał być system stworzony przez firmę Record System.

Stare dzieje

Żeby nie zacząć banalnie słowami :”Wszystko zaczęło się w...”, zacznę tak.

"Rozrywane błyskawicą niebo unosiło się nad miastem. Pioruny jak flesze aparatów przy czerwonym dywanie, rozświetlały jego twarz. Obdartą z życia, twardą, psychopatyczną. Gapił się tępo w resztki pralki, które musi zatargać do skupu. Był głodny..."

...a system „Anakonda” rodził się w głowie jego głównego projektanta już w latach 90-tych ubiegłego stulecia.

Człowiek pochodzi od małpy i nie zmieni tego szaleńczy krzyk przeuduchowionego paraintelektualisty nierzadko wierzącego, że seans trzech zdrowasiek w rozgrzanym piecu leczy raka, a Skłodowska – Curie była kobietą. W naszych żyłach płynie krew stworzeń, dla których rozrywką było drapanie się pod pachami i pogoń za własnym ogonem. Za cudzym zresztą też. I zabawa w berka z własnym cieniem, i polowanie na mrówki, i spadanie z drzewa. Budowanie zależności rozwojowej to bardzo ciekawe zajęcie. Człowiek – małpa, wanna – jezioro, galaretka – kopyta, mistrz świata w strzyżeniu owiec – seks bez zobowiązań gdzieś w Nowej Zelandii, „Anakonda” - „Record”.

Protoplastą systemu był właśnie pakiet „Record” produkowany i rozwijany przez założyciela i właściciela firmy Record System, Jana Raburskiego. W czasach kiedy porządny komputer stacjonarny cechował się mocą obliczeniową współczesnej tajwańskiej podróbki zegarka na rękę, „Record” przekształcał go w pełnoprawne narzędzie do obsługi firm. A mówi się, że z pustego to i Salomon nie naleje...

Napisana w Clipperze'87 aplikacja z powodzeniem służyła ponad 150-ciu firmom, pomagając budować ich rynkową wartość, potem przewagę, a potem zwycięstwo!

Z perspektywy czasu, pakiet „Record” jest mastodontem, brachiozaurem albo tygrysem szablastozębnym. Niezależnie od tego, które z wymienionych zwierząt weźmiemy pod uwagę, każde z nich było królem swojej niszy. Nikomu nie wolno było rzucić papierka po cukierku u zbiegu ulic, gdzie na jednej z nich, oparty o mur, ubrany w ciemne okulary i bejsbolówkę z daszkiem do tyłu mastodont, przypalał sobie papierosa. Nawet w godzinach najciaśniejszego szczytu, na zatłoczonym jak arabski bazar (czy biedronka w czasie promocji na ogórki kiszone luzem) przystanku autobusowym, gdzie w trudzie i znoju wszyscy, zmęczeni jak króliki po okresie godowym próbowali w końcu wrócić do domu, po otwarciu drzwi w autobusie, zawsze pierwszy wchodził on – brachiozaur. A tygrys? No cóż był siostrzeńcem brachiozaura.

Mimo, że żadne z tych zwierząt nie chodzi po świecie to doskonale zdajemy sobie sprawę z faktu, że były świetne. Czemu więc wyginęły? Odpowiedź jest bardzo prosta, a zarazem najgłupsza z możliwych. Bo tak! Bo od zawsze wszystko dzieje się cyklicznie. Jedno umiera, a rodzi się inne. Ale to inne zazwyczaj jest lepsze. Przystosowane do biegania po wyższych drzewach czy do działania na większej ilości płaszczyzn.

Tak było z „Recordem”. Idealnie skrojony do potrzeb rynku spełniał kompletnie pokładane w nim nadzieje. Dowodem na to była mnogość firm, które go używały. Szybka obsługa klawiaturą, spójność i bezpieczeństwo danych i co najważniejsze, zadowolenie i uznanie użytkowników. To wszystko okazało się jednak marnością nad marnościami i „wszystkomarnością” zmuszającą Jana Raburskiego do podjęcia męskich decyzji. Jak zachodzące słońce na oceanicznym niebie, pakiet „Record” błysnął ostatkiem sił ostrą szpilą światła ku górze, a potem zgasł. Ciemność i cisza przenikały się nawzajem. Nastała era Anakondy...

Gdzieś po drugiej stronie horyzontu, w pewnych cichych miejscach, w krainie myszek kulkowych i monitorów CRT, w dziale księgowym małej firmy, „Record” wciąż panuje, a konta, bilanse i środki trwałe oddają mu cześć.

Być czy mieć?

Nie tak od razu jednak Rzym zbudowano. Decyzja o produkcji nowego systemu zarządzania jest niezwykle prosta. Prostsza nawet od najbardziej prostej prostej ale równie jak prosta, nieistotna. Ważny jest plan. Romantyczny hura-optymizm nie jest wskazany. Kościuszko i kosynierzy, mimo że waleczni i mężni nie zdziałaliby za wiele w bitwie z wymogami funkcjonalnymi, prawnymi i strach myśleć, jakimi jeszcze. Na takim polu potrzebny jest żołnierz, który po komendzie „baczność” stanowiłby wzór do kalibracji poziomicy. Taki, który błyskiem w oku zawstydza jupitery stadionu narodowego dowolnie wybranego kraju świata. To jest jak z robieniem sałatki z buraków. Można umyć, obrać i pokroić buraki. Doprawić i podawać na talerzu udekorowanym feerią barw i kształtów. Można też wrzucić granat do starego BMW... Sprawnie działający system stworzy tylko kucharz z pierwszej opcji.

Początki były trudne - jak to zazwyczaj bywa, gdy dobrą rzecz próbujemy jeszcze bardziej ulepszyć. W aucie możemy wymienić silnik, zamontować filtr stożkowy, zamiast rury wydechowej przyczepić komin pobliskiej elektrowni. Można sobie jeszcze powiesić rękawice bokserskie na lusterku. Możliwości jest wiele. Kobieta przejdzie metamorfozę poprzez piękną suknię i malunki na twarzy. Mężczyznę należy umyć. A co z dobrym systemem komputerowym? Gdzieś z tyłu głowy kołaczą się myśli mówiące o nowej funkcjonalności, ale ileż można wsypywać cukru do tortu?

Procent zadowolenia w zadowoleniu klientów już nie mógł się podnieść, a mimo to niektórzy wierni od lat, tacy przestali być. Ich małpa gotowa była skakać z jedną ręką za plecami po czubkach najwyższych baobabów czy palm, a my dawaliśmy im najpiękniejszy na świecie...krzew.

Hossa na światowym rynku w okolicach 2002 roku sprawiła, że wielu klientów Record System było stać na wielkie, potężne i przykro mi to stwierdzić, równie dobrze (jak „Record”) działające systemy. Nie można się więc dziwić, że obszar zainteresowania naszą firmą kurczył się jak areał dżungli amazońskiej. Bardzo szybko. Albo zostaną podjęte odpowiednie działania, albo jak to mawia poeta za każdym razem, gdy leci samolotem, spadniemy. Nóż na gardle wcale nie pomaga w podejmowaniu odpowiednich decyzji. Nie chodzi oczywiście o wybory typu: skrzydełko czy nóżka. Chodzi raczej o: zostajemy w płonącym wieżowcu czy skaczemy. Jan Raburski wziął głęboki oddech jak Wojski przed dmuchnięciem w swój róg. „Zamknął powieki na poły”, poszeptał coś jeszcze pod nosem i skoczył. A jak tak leciał to sobie myślał. Zastanawiał się nad koncepcją nowego systemu.

Mówi się, że szczerymi chęciami jest wybrukowane piekło. Ale to nieprawda. Piekło jest wybrukowane, wytapetowane, pomalowane i udekorowane kodem programu. Małe diabełki bawią się funkcjami i zmiennymi, a te dorosłe chwalą się przed sąsiadami ile to mają kluczy obcych w swoich tabelach baz danych. Ale o tym później. Wracając do meritum. Chęci stworzenia niemalże idealnego systemu naprawdę były szczere. Dekompozycja doskonałego programu (niestety tylko wyimaginowanego) pokazała architektowi Anakondy wszystkie czynniki, które wpływają na ogólną jakość systemu. Oczywiście, te które wpływają bezpośrednio a nie tak, jak wolumin sprzedaży skarpetek w Chinach wpływa na populację chruścika argentyńskiego w Iraku. Anakonda budowana była wokół kilku filarów. Miała być prosta w obsłudze, a kluczem do tego była możliwość pracy samą klawiaturą. („ptaszek” przy polu „zrobiono” na liście kontrolnej). Musiała być bezpieczna. Problem ten nie istnieje przez trójwarstwową topologię budowy systemu („ptaszek”....).

Autor niniejszego tekstu ma ogromną nadzieję, że czytelnik zastanawia się nad tytułem podrozdziału i myśli sobie: „co on pisze? O dinozaurach i dzwonach, zachodzie słońca i burakach? Co to w ogóle za tytuł?”. Otóż, co jest bardziej istotne niż np. spadochron przy skoku z samolotu albo szalik w odpowiednich kolorach na meczu ligowym? Pieniądze! Dla wielu są istotą ostateczną.

Jan Raburski spojrzał w monitor swojego komputera. Zgasił papierosa i łyknąwszy odrobinę kawy pomyślał. „Dla mnie też?”. Kształt jego zmarszczonych brwi wskazywał, że nie był pewny. Na krawacie pojawiła się wielka czarna plama.

Rozwiązaniem zagadki z dość niefortunnego stylistycznie przerywnika niech będzie fakt, że Anakonda jest udostępniana na zasadach Open Source na licencji GNU GPL. Znaczy to nic innego jak tylko to, że każdy człowiek na świecie, niezależnie od koloru skóry, wyznania, miejsca zamieszkania, płci, wieku i, co stanowi największe kuriozum, poziomu inteligencji, może sobie taki program pobrać, zainstalować i nawet przerobić, jeżeli wyraża taką chęć. Oczywiście wszystko za darmo. Na czym zatem zarabia firma Record System? To prawie oczywiste. Porywamy dzieci dla okupu... A tak naprawdę, mając najlepszą wiedzę na temat budowy systemu, stajemy się ekspertami w tworzeniu nowych, niezbędnych w specyficznych warunkach działania klientów, funkcjonalności. To my jesteśmy naturalnym wdrożeniowcem Anakondy, to my uczymy jak się z tego korzysta, żeby osiągnąć maksimum korzyści. Zatem Record System JEST MAJĄC... Nie ma potrzeby rozmieniać się na drobne.

„ (...) a piekło szło za nim...”

… i wszędzie dookoła też.

Początek pracy przy produkcji systemu wyglądał jak surrealistyczna scenka:

(pukanie do drzwi)

  • Kto tam? - z zaciekawieniem pyta autor Anakondy.

  • To ja, problem – spokojnie acz z natarczywością odpowiada niechciany gość.

I to niejeden. Całe stado problemów pukało do drzwi nachalnie jak akwizytorzy czy inni nachalni. Państwo pozwolą, że przedstawię. Problem pierwszy, szanowny i wielce bliski naszemu sercu, wybór języka programowania... Język programowania miał być prosty w pisaniu, z bardzo przejrzystą składnią, co ułatwiało kodowanie, a potem ewentualne poprawki kodu. Musiał być przenośny czyli uruchamiany na wielu platformach operacyjnych. Po przeprowadzeniu kilkudziesięciu analiz, po wysłaniu zapytania do rubryki „mam problem” we wszystkich kobiecych pismach oraz po konsultacji z wróżką, nie dostaliśmy jednoznacznej odpowiedzi. Zapytaliśmy zatem współczesną wyrocznię delficką pod postacią Google'a. Wynik był niesamowicie zaskakujący. Ku naszemu zdziwieniu, idealnym dla nas językiem programowania z parametrami opisanymi wyżej był... „gorące azjatki”. Wybraliśmy jednak Pythona. Wszystko tak jak miało być i do tego za darmo. Wzięliśmy ich od razu pięć. Z bazą danych było bardzo podobnie. Zamiast „studentek - mulatek” wybraliśmy PostgreSQL bo mimo że nie był ani odważny ani pijany to jednak jako serwer sprawdzał się świetnie. I, uwaga! Też był darmowy.

A skąd ta dziwna nazwa systemu? Otóż załoga Record System będąc kiedyś na spotkaniu fanatycznych sympatyków programu Teleexpress, poszła, mimo przestróg organizatorów, w las, co zakończyło się pokąsaniem przez zaskrońca. Do tego edytorem Pythona i graficznym narzędziem do budowania okienek dla Anakondy jest Boa Constructor. Nie mogło być inaczej. Jan Raburski wymyślając nazwę, musiał trzymać się tej herpetologicznej nomenklatury. Dobrze, że system nie nazywa się Żararaka Jasnobrzucha czy Koralowczak Namorzynowiec.

„Na wojnie ten wygrywa, kto najmniej błędów popełnia.”

Wiadomo, co się dzieje jak do pralki nastawionej na 90 stopni wrzucimy brudne, niebieskie jeansy i ulubioną białą koszulkę żony lub męża (ale głównie żony – bo ona wie, że nie wolno tak robić). Nagle niebo ciemnieje. Ciężkie chmury miażdżą ledwo świecące słońce, próbujące ostatkiem sił przebić się swoim promieniem w stronę zmroku. Ziemia rozmięka kroplami rzęsistego deszczu. Przejmujące zimne wiatry zdmuchują z drzew ostatnie liście ukazując pokrzywione i niemal potępione, nagie gałęzie. Woda w morzu zaczyna bulgotać... i tylko wypatrywać szarańczy. I to w najlepszym przypadku, bo zawsze przecież może się jeszcze obrazić. Takie mniej więcej spory w firmie miały miejsce w 2004 roku, kiedy w skład budowniczych „Anakondy” wchodziły tylko dwie osoby. Jan Raburski i jego syn Michał, główny programista. Mimo ogromu prac nad nowym systemem, Panowie musieli dzielić swój czas również na obsługę istniejącego. Sytuacja była bardzo stresogenna. Płodna w problemy jak polskie drogi w dziury, albo małpy we włosy, albo agent Jej królewskiej Mości w gadżety, albo markowe, sportowe spodnie w lampasy. W powietrzu czuć było lekko słodkawy zapach przełomu. W końcu stało się. Michał został zwolniony. Inne źródła donoszą, że odszedł. Dzisiaj jest to informacja tak trudna do sprawdzenia jak ta, mówiąca czy Bolesław Krzywousty wolał spać na lewym czy prawym boku. Ale na szczęście nie jest to istotne w kontekście tego, co stało się tydzień później. Panowie z delikatnie już szklanymi oczami spojrzeli na siebie jak rewolwerowcy tuż przed wybiciem południa. Chwilę tak postali. Napięcie jak cienka żyłka nie wytrzymało. Pękło i zaczęło się godzenie, przepraszanie, słowem „Kargule i Pawlaki”. Michał wrócił do pracy. Wieź między pracodawcą i pracownikiem z każdym dniem się umacniała. Michał pracuje w firmie do dzisiaj. Tak samo jak Magda Kozłowska. Kobieta od wszystkiego. Rodzynek w firmie. Chodząca i uśmiechnięta ściąga z Anakondy. Kompendium wiedzy o systemie ze szminką w torebce. Kwestia doboru pracowników firmy Record System to zagadnienie godne oddzielnego akapitu.

Nic tak nie łączy ludzi jak wspólny cel. Może poza kredytem hipotecznym. Stając się członkiem załogi Record System należy współpracować z resztą na zasadzie wzajemności. Założyciel firmy od zawsze miał nosa do pracowników. Cenił tych, którzy oprócz wartości dodanych bezpośrednio do zasobów firmy, wnosili własną nietuzinkową osobowość i niekiedy dość kontrowersyjne poglądy czy zachowania. Pisząc o kontrowersyjnym zachowaniu mam na myśli pokerowy blef w 34 rozdaniach z rzędu lub niespożywanie mięsa. Życie beż wołowiny? Piekło... Zmieniająca się załoga firmy w oczach jej właściciela jest na tyle ważna, że zdecydowano się na specjalny dział „Ludzie” na stronie internetowej firmy. Osoby, które się tam znajdą już wiecznie odbijać się będą echem po najdalszych odmętach bezkresnej sieci, a chwała ich trwalsza niż pomniki ze spiżu trwać będzie dłużej niż biel ich gołych kości... Człowiek, a w zasadzie jego dobór, właśnie stanowi problem, którego nie należy popełniać by wygrać wojnę. Mimo że, Napoleon (autor podtytułu – przyp. autora) obstawił się najlepszymi generałami, doświadczonymi i wielką rewolucją w swoim kraju, i przednapoleońskimi wojnami z całą Europą to jednak zapomniał o Nelsonie i Wellingtonie, nie wspominając nawet o człowieku o zachodniobrzmiącym nazwisku, Blücher. Ci Panowie byli najlepsi w tym, co robili - demotywowali armie francuskie do dalszej walki, co skończyło się wakacjami na malowniczej wyspie pośrodku niczego... W skład załogi Record System, już wchodzą eksperci, ale wszyscy mamy aspiracje do bycia tym najlepszym, by nie być błędem przyczyniającym się do przegrania wojny.

Ten pierwszy raz

Czas narodzin to czas radości. Znajomi z pracy serdecznie gratulują klepiąc po ramieniu. Babcia kupuje wygodne buty niezbędne do długich spacerów z wózkiem. Każdy macha i „pucipuciuje” roześmianemu brzdącowi prosto w radosną, maleńką twarzyczkę. Tylko mama spędzająca każdą noc w 5 ratach malejących i tata, który...

...na pewno też jakoś odczuwa skutki niewyspania, spoglądają co rano na dziecko przez pryzmat niedogodności jakie ich dotknęły, i kochają je jeszcze bardziej. Ale małe dziecko to mały problem. Przecież permanentne niewyspanie to sytuacja umiarkowanie stresogenna. Krzyk, płacz i taśmowa wymiana pieluch to nie brak piwa w lodówce. Można z tym żyć. Ale jak przyjdzie wysłać dziecko do przedszkola, zaczynają się schody. Na marginesie dodam, że gdy patrzę na mojego, wracającego z zakrapianej imprezy i nazwijmy to, słabo dysponowanego ruchowo-równoważnie sąsiada, który na parterze mierzy wzrokiem stopnie konieczne do pokonania by dotrzeć do mieszkania na trzecim piętrze, to stwierdzenie „zaczynają się schody” nabiera zupełnie nowego znaczenia. Wracając do meritum- pierwsze wdrożenie „Anakondy” to walka z własnym cieniem. Niemożliwe do zakończenia powodzeniem przedsięwzięcie zakończyło się powodzeniem absolutnym. Odpowiednio przeprowadzona faza przedwdrożeniowa, jak gra wstępna, przygotowała klienta i zespół wdrożeniowy do ostatecznego, ekstatycznego, zakończenia. Z kroplami potu na czole, z oddechem szybkim i płytkim ze zmęczenia, Record System doprowadził swojego klienta do premierowego uruchomienia wdrożonego systemu. Rok 2006 na długo pozostanie w pamięci pracowników jako okres gigantycznej pracy i jeszcze większej radości z jej efektów.

Apetyt wzrasta w miarę jedzenia. Erupcje endorfin, związane z podpisaniem protokołu odbiorczego (systemu oczywiście) dawały takiego kopa, że wszyscy pracownicy Record System przyznali, że są uzależnieni i ze zdwojoną siłą pracowali by zaspokoić swoje żądze. Oni musieli wdrażać! I wdrażali. Początek 2007 roku – odlot. Kilka miesięcy później – znów na haju. Końcówka roku – jazda życia. To już się nie skończy. Z tego nałogu się nie wychodzi.

„Przyszłość będzie szczodra jedynie wtedy, kiedy wszystko ofiarujesz teraźniejszości”

Rację miał Albert Camus pisząc to zdanie. Dlatego dajemy z siebie wszystko...

Epilog

"Stojąc nad gotowym systemem Jan Raburski uniósł obie ręce ku górze i krzykiem miliona huraganów zawołał: „TO ŻYJE!”. A grzmoty błyskawic wtórowały mu głosem demonicznego i potępionego chóru jego najśmielszych ambicji...

Tak właśnie powstał system ANAKONDA.

KONIEC