OPEN SOURCE


Ludzie na wesoło

Gdzieś w samym środku dzikiej puszczy, dokładnie w diabelskich widłach rzek Rio Anakondas i potężnej Amazonki. Tam gdzie kończą się legendy najstarszych Indian, w miejscu, do którego odwaga i waleczność nawet nie chcą kupić biletu, w cieniu gęstej roślinności, obleziony kleszczami i pijawkami siedzi on. Wojciech Cejrowski. Zupełnie gdzie indziej, w biurze firmy Record System, Darek Boduch kończąc swój bezmięsny obiad rozmyślał o składni superskomplikowanego zapytania do bazy danych. Lubił to. Czuł stymulujące wyzwanie stając przed zagnieżdżonymi joinami. Zacisnął usta na widelcu, i ściągnął z niego kawałem makaronu z brokułami. Dobrze znał ten smak. To samo jadł na śniadanie tego pamiętnego dnia, kiedy wybierał się do Record System z ofertą, która pozwalała na finansowanie pewnego przedsięwzięcia firmy. Nie spodziewał się, że koniec pertraktacji z Janem Raburskim skończy się w ten sposób. Nie sprzedał kredytu dostał za to pracę. Czasami, tuż przed snem zastanawiał się, co się wtedy stało. Czym się wyróżnił, co sprawiło, że dostał pracę. Nie programował, nie znał się na systemach ERP. Nie to co dziś – pomyślał. Odłożywszy miskę z widelcem usiadł do komputera i wykonał kwerendę. Dzisiaj już wiedział, co się stało tamtego dnia. Przeszedł test.
Tak samo jak Mariusz Rajfura, który w tej samej chwili grzebał w kodzie pobierającym ceny do faktur. Wiedział, że robi to dobrze. Programował od czasu, kiedy był jeszcze szczupły. Chełpił się faktem, że jako nieliczny z koderów wie, co robi, że rozumie mechanizmy działania programów, że nie daje testerom satysfakcji wyłapania jego błędów Do nozdrzy Mariusza dostał się przyjemny zapach przekąski jego kolegi. Też lubił makaron z brokułami choć zdecydowanie wolał kiełbasę z musztardą i frytkami. Najchętniej z dodatkiem wiaderka coli. Oparł się wygodnie na oparciu swojego fotela, rozłożył szeroko ręce rozciągając zastałe mięśnie i spojrzał w dal przez pobliskie okno. Widok torów przypomniał mu dzień, w którym stał się członkiem załogi. Na spotkanie przyjechał pociągiem. Wiedział, że ma atut w postaci idealnego doświadczenia. W końcu pisał swoje, autorskie systemy do obsługi firm. Zdenerwowanie jednak nie opuszczało go wcale. Po krótkim spacerze ze stacji Warszawa-Raków przeszedł próg biura Jana Raburskiego. Dostał zadanie. Nie wiedział jeszcze, że od wyniku tego testu zależy jego praca dla firmy. Dam radę. - szeptał sobie pod nosem. Nie mylił się.
Nagle z półsnu wyrwało go głośnie „cześć”. Mariusz wrócił do rzeczywistości. Palcem wskazującym drapał pod lewym okiem okręcając się jednocześnie na niestabilnym fotelu. Przez framugę drzwi pokoju programistów przechodził właśnie Jan Kaliszewski. Brodaty młody mężczyzna w lnianym kaszkiecie. Muzyk, programista, działacz organizacji pozarządowych. Niektórzy w firmie zastanawiali się, jakie piekielne moce sterują tym chłopakiem, dając mu jednocześnie energię i czas do działania. Maile od niego, wysyłane o 3 lub 4 rano nie należały do rzadkości, potwierdzając tym samym tezę, że Jasiek odpoczynek traktuje jak zło konieczne, któremu za wszelką cenę należy stawić czoła. Pamiętał swoje początki w programowaniu. Nie było lekko. „Wykształcony artysta zazwyczaj ma ograniczone horyzonty” - słyszał co i raz. Jasiek z pewną dozą brutalności odrzucał od siebie to twierdzenie uważając je za krzywdzące. Starał się pokazać, że kompozytor może być programistą. Przychodząc do firmy na spotkanie w sprawie pracy nie wiedział, co go czeka. Wiedział natomiast, że jest pewny. Dostał zadanie. Spojrzał na treść. Delikatnie uniesiony prawy kącik ust jednoznacznie wskazywał na przyszły wynik testu. Jasiek jak co dzień rano, odwiesiwszy nakrycie głowy na wieszaku przy drzwiach, przechodził do porannego rytuału. Z pewnym pietyzmem odwiedzał każdy gabinet po kolei witając się z jego habitantami. Na początek zajrzał do Michała Raburskiego. Wbrew pozorom, oprócz bujnej brody i umiejętności modelowania funkcjami nawet najbardziej skomplikowanych procesów biznesowych nie łączyło ich chyba nic. Michał siedząc w swoim pół westernowym fotelu bez oparcia kończył właśnie pisać sms. Gwałtowność z jaką podniósł głowę strąciła mu z niej słuchawki. Zaklął pod nosem, jednak z radością na twarzy spojrzał na Jaśka witając się serdecznie. Od zawsze był ekstrawertykiem. Mówił głośno nie stroniąc od ostrych słów. Nie tylko w momencie kiedy były one niezbędne. Mam moc - myślał w chwilach triumfu gdy udawało mu się zoptymalizować i tak już nieźle działający algorytm. Zresztą Moc w życiu Michała odgrywała dość istotną rolę. W końcu wiedział wszystko o Gwiezdnych Wojnach. Ale nawet tajemna wiedza na temat odległej galaktyki nie mogła uchronić Michała przed współpracownikami. Jako współtwórca i „techniczny” systemu Anakonda stanowił generator odpowiedzi na pytania załogi. Nawet te głupie. Choć takich ponoć nie ma... „Miśku!”- usłyszał Michał zza ściany. Gdyby mógł, schowałby się w długich tunelach jak surykatka na sawannie. Okopał by się jak Sowiński na Woli. Nie mógł. Przepychając się między futryną i Jaśkiem, do gabinetu wszedł Mariusz. Tym razem pytanie nie było głupie. A może to kwestia pytającego...? Bo „jaką temperaturę ma wrząca woda?” z ust kucharza to pytanie śmieszne, ale z ust fizyka staje się zalążkiem wielogodzinnej dyskusji o wpływie ciśnienia na temperaturę, o prędkości poruszania się cząsteczek i, co w dzisiejszych czasach staje się już obowiązkowym tematem rozmów naukowców, o noetyce. Michał nie tracił czasu na pierdoły. Jego odpowiedzi zawsze były szybkie, krótkie i celne jak lewe proste dobrego boksera. Musiały takie być. Michał doskonale o tym wiedział. Jako dowodzący poczynaniami programistów w firmie musiał się tego nauczyć. Tymczasem za ścianą, skupiona na cyferkach z dowodów księgowych jednego z większych klientów firmy, Magda Kozłowska, kierowniczka działu obsługi klienta, czekała na przyjście Jaśka. Mimo że było rano, już czuła zmęczenie. Stan ten nie był jej obcy. W początkach swojej pracy w Record System nierzadko pracowała od 7 do 22 rozwiązując problemy z wdrażaniem systemu Doskonale pamiętała swoje wątpliwości dotyczące konieczności jej zatrudnienia w firmie. Przez jakiś czas, tuż przed podjęciem pracy, była pewna, że dostała ją z litości. Wszystko na to wskazywało. „Jestem filologiem a nie wdrożeniowcem” – myślała nie zdając sobie sprawy jak bardzo się myli. Wpisawszy w notatniku symbol analityki „dwójki” podniosła głowę by zza swoich stylowych okularów spojrzeć w stronę drzwi i przywitać się mrugnięciem z Jaśkiem. Magda wiedziała, że kluczem do sukcesów w kontaktach z innymi jest szczery uśmiech i dobry humor. Nigdy jej tego nie brakowało. Tymczasem, migoczące okienka na monitorze jej komputera, poprzez swoją ilość jednoznacznie stwierdzały, że czas na kawę. Magda wstała, obeszła swoje biurko i po wyjściu z gabinetu udała się w prawo mijając pokój swoich podwładnych. Kolejne drzwi były od pomieszczenia socjalnego. Wchodząc do środka usłyszała bulgot gotującej się wody. Nie tylko ona napiłaby się kawy. W pomieszczeniu stał Darek Musielak. Stary wyga wdrożeń systemów. Przeszedł już chyba wszystkie stopnie wtajemniczenia w kontakcie z klientem. Jak przed masonem z 33 stopniem, przed Darkiem nie było żadnych tajemnic. Nie ruszały go sytuacje stresujące, zawsze wiedział, co powiedzieć klientowi by go udobruchać. Zachowaniem takim wzbudzał czasem podziw wśród współpracowników. Zwłaszcza u Nowego, siedzącego z nim w pokoju. Darek nalał sobie wrzątku do kubka i powoli wrócił za biurko. Usiadł lekko bokiem, wyciągając nogi wzdłuż blatu. Założył słuchawki, wziął łyk gorącej herbaty i wpadł w wir pracy. Ale, co stanowić może pewien paradoks, wpadł w spokojny wir pracy. Doskonale wiedział co i kiedy ma robić. Bez krawata, bez ciśnień. Nagle, w prawym dolnym rogu ekranu komputera Darka, ikona komunikatora zaczęła migać na zielono. Piotr Szydełko napisał wiadomość. Pochwalił się, że rozwiązał problem replikacji serwerów czy coś w tym stylu. Piotr miał niezwykłą cechę. Rozmawiał z komputerem za pomocą terminala systemu. Nie wydawał poleceń tylko dyskutował z maszyną w nieznanym nikomu języku próśb i zapytań. Zdaniem ludzi nie mających supermocy Piotra, był to język wenusjański, albo jowiszowy. Na pewno nie nasz, ludzki. To nie był jedyny talent Piotra. Ludzie postrzegali go również jako tresera serwerów. Robiły wszystko co im kazał...
W tym samym czasie w końcu biura, w oddalonym gabinecie, przed wielkim i zawsze otwartym oknem siedział Jan Raburski. Patrząc w swoje centrum dowodzenia wszechświatem w postaci dwóch monitorów doskonale wiedział, co robi jego załoga. Patrząc w ekran uśmiechał się lekko. - Programiści znowu się ... - burknął pod nosem. - a to dam Marcinowi, niech testuje... Nacisnął klawisz „enter” i uruchomił cała maszynę, której elementy tak solidnie oliwił przez ostatnie lata. Obmyślone przez Jana procedury sprawdzały się. Był z siebie zadowolony. Przeciągnął się mocno, po czym złożył ręce na karku. Rozsiadł się wygodnie, przymknął oczy i myślami powrócił do momentu dla niego przełomowego. Trwał tak kilka sekund, po których szybko się wyprostował, otrząsnął i już nawet nie półgłosem, ale bardzo wyraźnie powiedział do siebie. „To była dobra decyzja!” Mówił o założeniu firmy. Twarz Jana Raburskiego po raz kolejny wychyliła kąciki ust w kierunku oczu. Spojrzał na biurko, gdzie leżał projekt nowej funkcjonalności i z uśmiechem zaczął kolejną analizę.